sobota, 16 lutego 2013

Przeżyliśmy rok. I jak było?




Wygląda na to, że przeczytaliśmy już całą książkę, że odbyliśmy tę podróż razem.
Tak naprawdę nie wiem, czy ktoś towarzyszył mi w tej podróży. Cóż, ukazały się 2 komentarze, więc ktoś zapewne i po książkę, i po moje teksty sięgnął... 
Zakończyliśmy tą przygodę, jak by ją podsumować?...
Cóż, książka opowiada o życiu młodego chłopaka, który rzeczywiście poznaje życie i w pewnym sensie dzieje się to bardzo schematycznie. Nie, nie dlatego, że książka jest napisana nieumiejętnie. To nie ma nic wspólnego z oceną Autora. Po prostu życie klubowe, życie w środowisku gejowskim jest schematyczne. Jestem pewien, że na wielu kartach wielu z nas zauważało typowe scenki, które albo zna z opowiadań, albo z autopsji. To poznawanie nowych ludzi, to ocenianie się wzajemne, te priorytety, te tematy rozmów... Prawda, że znajome? Chociaż w sumie pewnie wielu z nas marzy o czymś innym, o czymś "normalnym". I też bardzo schematyczne są te "związki", bardzo łatwo nawiązywane, bardzo łatwo się rozpadające.
Kiedyś usłyszałem - oczywiście nie powtórzę żadnych personaliów - że ktoś tam za tydzień będzie miał już pół miesiąca, jak są razem. No brawo! Super związek, prawda? Z drugiej strony jak się ma już ponad te 20 lat, to zaczyna się rozumieć, że coś prawdziwego, coś sensownego, coś, na czym można zbudować życie czy jakąś przyszłość... do tego trzeba dojrzeć. To naprawdę nie jest taka giełda, to się nie dzieje w dwa tygodnie.

No dobrze, ale dosyć tej melancholii! W końcu książka była o Dwudziestolatku i była w miarę wesoła...  Wesoła?... Przygodowa. Miała swoje euforie i swoje depresje. Ciekawostką jest to, że właściwie dokładnie w połowie książki, gdyby tak przeliczyć strony i podzielić, czytamy słowa, że Wiktor w życiu naszego bohatera "był", czyli się skończył. Całą drugą część stanowi wejście w Internet, krótki kurs prawdziwego życia na Internecie, a zaraz potem związek z Mariuszem - Mariuszem30, czy coś tam... 

Swoją drogą, kto tak naprawdę sugeruje się nickiem czy jakimiś cyferkami wypisywanymi na chacie. A jak wiemy, powodem jednej scysji były właśnie te cyferki, czyli wiek. I gdy tak spojrzeć z dystansem na ten cały związek z Mariuszem, to co? Przecież spotkali się po raz pierwszy, spędzili z sobą weekend i od razu był seks, i to bez zabezpieczenia. Prawda, że charakterystyczne...?

Ja nie chcę wielce krytykować, ponieważ uroczo naiwna jest postawa naszego bohatera, który bodaj w 44. rozdziale rozważa, a wręcz decyduje się wziąć kredyt po to, aby spłacić wierzytelności swojego partnera, którego zna właściwie kilka tygodni, ale z którym zamierza spędzić całe - a przynajmniej najbliższe - życie. 
Urocza naiwność, ale naiwność również przerażająca...
Wystarczy przeczytaćkilka następnych rozdziałów, żeby przekonać się, jak niewiele wiedzieliśmy o tym naszym Mariuszu i jak wiele musi się zmienić i to szybko. A jednak kredyt, takie sprawy... one wiążą na bardzo długo. Może osobiście jestem zbyt ostrożny, ale jednak naprawdę są pewne granice, prawda? Jak to mówią, jak się jest młody, to się jest głupi, a jak się jest mądry, to już się jest stary. I to dotyczy każdego środowiska.


No tak. Prawie cała druga połowa książki kręci się wokół Mariusza.  Ale teraz sypnę spojlerem, bo gdy przeczytacie ostatnią stronę, zauważycie pewnie pewną "klamrę fabularną"... Reszty trzeba się domyślić. :-)

poniedziałek, 11 lutego 2013

Jak nie Warszawa, to Kraków. A jeśli on ma HIV?!?




Rzeczywiście po raz kolejny przekonuję się, że książka jest skonstruowana na zasadzie roller-coastera. Jeżeli w jednym rozdziale coś się fajnie układa i życie jest w miarę kolorowe, to na pewno pod koniec tego rozdziału nastąpi jakiś wstrząs. Ktoś kogoś zdradzi, ktoś kogoś rzuci, bo się o kimś czegoś dowie, ktoś straci do kogoś zaufanie... 
Problemem może być nawet, ile kto ma lat. Ja nie mówię, to jest bardzo życiowe. To że każdy chce wyglądać młodziej, uchodzić za młodszego, jest niestety oczywistością, kto z nas tego nie przechodził? No... tylko nie ci, którzy mają jeszcze około 20, tak jak nasz bohater.

Gdyby to miała być lektura szkolna, nadawałaby się idealnie. Pokazuje i porusza dokładnie wszystkie zagadnienia, charakterystyczne tematy, zjawiska i sytuacje, przez które młodziak musi przejść i się z nimi zapoznać. Dlatego nie dziwne, że była odkryciem dla recenzentów.
Można powiedzieć, że wątki zwyczajne, uniwersytet, koleżanki, rodzina wypełniające pierwszą część powieści jakoś odchodzą na drugi plan, zaczynamy zajmować się prawie wyłącznie wizytami w klubach, planowaniem relacji i rozwojem tychże, również w sferze erotycznej. Cóż, takie prawo dwudziestolatka.

Właściwie trudno tu coś konkretniejszego powiedzieć, żeby nie wpaść w streszczanie książki. Tak naprawdę dla jakichś recenzentów typu Ewa Kasprzyk czy Iwona Guzowska książka pewnie może być odkrywcza i przedstawiać świat, jakiego one nie znały. Natomiast powiedzmy sobie szczerze: dla nas, którzy mamy kilku znajomych, byliśmy parę razy w klubie, znamy portale społecznościowe, nic - absolutnie nic nie ma w tym zaskakującego. Bardziej się to odbiera, jako niekiedy smutny czy nawet bolesny obraz środowiska, który   dobrze znamy, przez co czasami czyta się to z lekkim zniecierpliwieniem czy znużeniem; każdy zareaguje trochę inaczej, zależnie od swojego temperamentu. Nie czytamy tu o świecie idealnym, o książętach z bajki, nie dzieje się to za górami, tylko kolejny raz przerabiamy, jak życie daje w d...

Tymczasem wcale nie mieszkamy już w Warszawie, tylko w Krakowie; nie chodzimy do Utopii, żeby zrobić swój pierwszy show i stać się bohaterem wieczoru, ale do Coconu, żeby przekonać się jak funkcjonuje środowisko cioteczek, które wszystkie się znają, obgadują, tytułują "Mariuszowa" czy inna taka, cmokają w policzek i lustrują każde nowe mięso, które przychodzi.

A wracając do Warszawy, jakież to zaskakujące, że w rozdziale dwudziestym siódmym ten nasz współspacz, hetero, Robert, który był taki męski, nagle, już niedługo po naszym coming out pokazał pokłady wrażliwości i stał się naszym wielkim oparciem w chwilach totalnego załamania (tak, będzie miało miejsce epickie załamanie), a później nawet awansuje do roli dyżurnego konsultanta, któremu można się wyżalić i z którym - jako jedynym - można roztrząsać, ile razy można się spuścić w ciągu pół godziny. A od odpowiedzi na to pytanie, wcale nie błahe, znowu będzie zależał jakiś drastyczny zwrot w życiorysie i w życiu osobistym.

Tak naprawdę 80% książki mamy już za sobą i mamy właściwie 2. chłopaka, 2 razy miało być już całkowite zerwanie. No a w czterdziestym czwartym rozdziale kolejny raz jak by to powiedzieć - czar prysnął, ponieważ nagle okaże się – skąd my to znamy – że ktoś jakiegoś czynszu nie płaci, że jest naprawdę nieciekawie, że życie w Coconie jest może i kolorowe, ale obok czeka życie codzienne i wakacje nie trwają wiecznie. Dorzucę jeszcze szczegół z Warszawy. Nasza przyjaciółka Nina poznała pewną dziewczynę, z którą wyląduje... w każdym razie u niej. Nie będę podawał więcej szczegółów.

Już w trzydziestym piątym rozdziale po raz 1. wplecie się dydaktyczny, ale skądinąd zdecydowanie słuszny wątek odpowiedzialności i testów na hiv. Zresztą od czego są hetero przyjaciółki - to one energicznie uświadomią chłopaka o istotności myślenia o tych rzeczach.  Ale nasz młodziak na bada nie na razie się nie zgłosi, za dużo romantyzmu i motyli w brzuchu, żeby myśleć o prawdziwym życiu.

Dopiero trochę później, po kolejnych ekscesach udajemy się w Krakowie na badanie hiv. Przeżywamy oczywiście potworną noc lęku. Kojarzy mi się wtedy piosenka Kalibra 44 "Plus i minus", kiedy to Magik, słynny bohater niedawnego hitu filmowego, też wychodzi z siebie ze strachu w noc poprzedzającą wyniki. Oczywiście nie napiszę, jaki wynik będzie miał i kto, ale powiem tylko, że testów będzie kilka i będą powtarzane. Merytorycznie dowiemy się, że testy są wiarygodne dopiero po 6 tygodniach od ostatniego ryzykownego zachowania, poza tym niewiele, ale od edukacji są oczywiście portale, a nie powieści.

No cóż, w tym odcinku to tyle. Czy z nieba spadnie kolejny "cudowny" chłopak? Czy zostaniemy w Krakowie i pożyjemy długo i szczęśliwie? Ano, pożyjemy, zobaczymy.

piątek, 4 stycznia 2013

Romanse i kryminał czyli roller-coaster (czyli huśtawka)

Słuchajcie. 
U mnie to właściwie tak jak w tych serialach familijnych. Jak są święta, Wigilia czy tam coś w realu, to akurat w życiu rodziny serialowej dzieje się to samo, mimo że przecież wiadomo, że kręcą to dużo wcześniej, hehe :-)
Oto i w naszej rzeczywistości i w rozdziale 19. skończył się właśnie rok. Mamy synchro.

Nasz kolega opuścił w nieciekawych okolicznościach swój podlubelski dom rodzinny i na Sylwestra wylądował w Warszawie. Bez grosza, bez pralki automatycznej, za to zawalony jedzeniem: swoim, przyjaciółkowym i zdaje sie współspaczowym też (czy ktoś jeszcze zna to hasło?). Tak naprawdę to akurat nie życzę wam, żebyście mieli podobnie - no chyba, że jesteście takim studentem.

W ogóle to się chyba nie dogadaliśmy z Autorem. W rozdziale 19. cytuję: "już za chwilę miał się skończyć ten rok". A w następnym mija kilka dni i dopiero wtedy jest Sylwester... No to za chwilę, czy nie za chwilę?...
A! Chyba że piszemy z perspektywy prawosławnej czy jakiejś tam, bo to wtedy niestety święta wypadają nie w Święta, tylko w jakieś zwykłe robocze dni. Swoją drogą - dziwny jest ten świat, nie? 
Za to bawiąc się trochę w detektywa można określić, że akcja książki dzieje się gdzieś w latach 1995-2005. Skąd to wiem? Wczytajcie się w rozdział 20. Jak ktoś pokojarzy, niech się pochwali.

Ale wiecie co? Taki rozdział 20. to jest przyjemność przeczytać. Tak jak poprzednie rozdziały i cała ta patologia domowa naprawdę dawały po kościach i zabierały dobre samopoczucie (jeśli oczywiście się empatycznie wczuwać), tak rozdział 20. opiewający niespodziewane spotkanie z Wiktorem, facetem z obrazka, przystojnym, bogatym - to po prostu bajka o Kopciuszku odnalezionym przez księcia. Każdy by tak chciał. I może dobrze, można się na chwilę rozmarzyć. I sumie nie szkodzi, że życie jest inne. 
No dobrze, każdy z nas pewnie śnił o spotkaniu przystojnego, dobrze ubranego, opiekuńczego, starszego od siebie faceta, który odwiezie cię taksówką, a i przytuli na pożegnanie i będzie się ciepło choć też filuternie do ciebie uśmiechał. A ty myślisz sobie: Boże, co ja takiego w sobie mam, że taki super facet spojrzy akurat na mnie, czy to nie sen? 
Choć im głębiej w las, tym z tym romansem robi się już przegięcie. Wszystko takie cukierkowate, takie nastoletnio-afektywne :-) Jak w jakimś Harlequinie. Wszystko jest idealne. Czujecie to - bukiet tulipanów, wręczany przy wszystkich, w miejscu publicznym. Ile ich było? 
Wszystko układa się jak po sznurku. No i słowa, kończące jeden z super romantycznych, przesiąkniętych ciepłem wieczorów:
"Nie martw się, nie skrzywdzę cię. Nigdy."
No piękne, wymarzone, ale... czy realistyczne? Może jednak lepiej żyć w realnym świecie, gdzie do takiego układu pewnie chciałoby się dążyć, ale czy powinno się na niego liczyć? Literacko to naprawdę takie plastikowe, ale przecież nie krytykujemy - fajnie odstresowuje.

Nie będę wspominał, że przyjaciółka ze studiów niejako równolegle przeżywa romans ewoluujący w kierunku trójkąta (eh, to życie studenckie) i przy okazji z marszu przyjmuje coming out naszego bohatera. Choć nie wiem, coś mi się pomieszało, może to jednak jedna z kumpel z miasteczka, bo przecież Warszawka już dawno wie, od czasu występu w klubie... Kiedy to było?... Czytam trochę wolno i już zapominam, co było parę stron wcześniej :-)

Rozdział 22. nazywa się Inny świat. Rzeczywiście. To bajeczka z innego świata. W sumie jednak było miło siąść sobie i przenieść się na chwilę w ten świat.
Cały rozdział to dalej sielanka, ale jego końcówka znowu zapowiada czarne chmury. Czyli na naszym roller-coasterze, czy jak kto woli sinusoidzie znowu pewnie zanurkujemy i to głęboko. Aż się boję, jak nam Autor przywali.... 

Przywalił, ale nie aż tak, jak się bałem. Bo może sprawy, które się wydarzyły, nie dotknęły mnie tak, jak wcześniejsze sytuacje też z tej złej strony mocy/życia. Ale o tym znowu "sza". Jedyny ślad, jaki w temacie zostawiam, to tytuł odcinka.

I jeszcze jeden wątek. W tej 1/3 książki pojawia się coraz więcej utworów muzycznych. "W domach z betonu", "Tell him" ale nie duetu Dion Streisand, tylko Vondy Shepard.
Zacytowany jest utwór Kasi Nosowskiej z płyty "Milena", a który? To kolejny konkurs.
Potem jeszcze "Zakazany owoc" Krzysztofa Antkowiaka, "Material Girl" Madonny i jakieś nieznane mi "Mówię tak, myślę nie" Ewa Bem.

środa, 19 grudnia 2012

Dobry dotyk nie jest zły - współlokator


Zatem kontynuujemy naszą chaotyczną podróż po rozdziałach, a może podróż na wierzchowcu zwanym chaotycznym językiem poprzez odmęt oceanu przejrzystej fabuły... Zresztą jaka to różnica? Ustalcie sami i dajcie mi znać na forum. 

Ale jak tu nie podróżować chaotycznie, skoro w tych rozdziałach jest taka huśtawka nastrojów, od euforii do depresję.  No może i takie jest życie, coś w tym jest. 
Ale szczerze mówiąc nie lubię tych rozdziałów depresyjnych. A to są te, kiedy nasz gościu wraca myślą albo i ciałem do swojego miasteczka i wspomina tamte wschodniopolskie dzieje. 
Zastrzegałem się, że nie będę opowiadał szczegółowo jego losu. No i poprzednio, co się zastrzegałem, to zdaje się nie wytrzymywałem. No to teraz wam udowodnię! Nie będę pisał o ojcu alkoholiku, o jego epitetach (dygresja: Czym się różni gej od pedała? Gej ma super furę i pracuje w show-biznesie.), o babci, która go wzięła z przedszkola. itd. :-)

A w ogóle ta powieść jest jakoś tak skonstruowana, że w każdym prawie rozdziale jest jakaś retrospekcja. Pewnie autor kształcił się na jakichś "Lalkach" czy "Ludziach bez zameldowania". Już się boję, co będzie dalej, bo jak tak mu pójdzie, to świat się rozbuduje do rozmiarów powieści niemalże tolkienowskiej.

Dobra, chwilowo zostawmy smętny świat małego miasteczka, który w każdym w jakiś sposób wywoła przygnębienie, szczególnie, jak się widzi w tych scenach nieco własnego doświadczenia. No a przecież się widzi. Wracajmy do "stolycy". A tam nowa pikanteria.

Żeby fabuła posuwała się chyżo  na scenie pojawia się nowy gracz. Jak w serialu. Któż to będzie?  Otóż kumpel ze szkoły, który zawsze był obiektem marzeń i fantazji erotycznych naszego gejaska. Zresztą zatwardziały heteryk - jakież to schematyczne... Wyobrażacie sobie oczywiście, co to będą za pąsy, gdy się okaże, że po latach obiekt ów przybywa do Warszawy i nie ma się gdzie zatrzymać. A jakże - przygarniemy go :-) Miał niby mieszkać w osobnym pokoju, ale przecież nie wspominałbym o tym, gdyby to miało tak zostać, nie? 

No i zaczną się te wszystkie sztuczki, knify, które trzeba stosować, żeby jakoś nie stracić kontroli nad sobą, gdy tamten ci łazi w samym ręczniku, a czasem i bez. 
A współlokator oczywiście - w książkach, a szczególnie w filmach, przecież nie może być inaczej - jest świetnie zbudowany, chodzi na siłownię, jest przy tym oczywiście trochę wulgarny ("Po chuj wam tyle papieru toaletowego.") - czyli 100% mężczyzna. Choć tak absolutne 100% to chyba nie, bo akurat umie gotować. Śmiesznie: w jednym domu gej, który nie gotuje, i heteryk, który gotuje. Tak czy inaczej, chaotycznie mówiąc, spanie bez piżamy się skończyło. A zaczęły się znane nam wszystkim codziennej podchody i igranie z żądzami. Czasem sobie myślę, że już jak się ma te trochę ponad 20 lat, to trzeba się zdecydować - w tę czy we w tę - ale bohater ma akurat 20 lat i jeszcze może sobie balansować na tej linii, skoro go to tak strasznie jara i wcale nie męczy.

I już biegnie kolejna retrospekcja związana z omawianym współlokatorem. Przypominamy sobie klasyczne podchody ze szkoły, co to zrobić, żeby kumplowi, na którego ma się ochotę, nie wyszło z pewną dziewczyną, ale żeby się nic nie wydało, że to my maczaliśmy w tym paluchy. Przecież oficjalnie trzeba uchodzić za miłego, przystępnego  gościa, jak to któraś tam powie: tak słodki, że aż "słodkopierdzący".

W ogóle ten gościu to Robert, a nasz podmiot literacki zastanawiać się będzie,  "sprawcą ilu ciąż" stał się Robert od czasu szkoły, ciesząc się wciąż takim braniem. Swoją drogą pamiętacie, z jakiej to piosenki wzięte określenie? Jej tytuł jest tu tytułem rozdziału. Więcej nie powiem. Ale czekam na strzały.

Najwyższy czas chaotycznie wrócić do rozdziału z kolejną retrospekcją.
- Dzień dobry, czy to zoo?
- Nie.
- To dlaczego małpa przy telefonie?
Z rozdziału 16 dowiemy się m.in. dlaczego rozmowy pewnej Marii, naszej kolejnej przyjaciółki ze szkoły, z jej własną mamą tak właśnie wyglądają...

Swoją drogą nasz chłopak wraca właśnie w rodzinne strony na Święta, a owa Maria ratuje go z pewnej opresji, mimo że na początku wygląda, że żywi pewną urazę. Celowo jestem chaotyczny i tajemniczy. Przecież to nie streszczenie lektury. :-)
A jak już jesteśmy przy Świętach, to zbliżają się one również w realu, zatem tym, którzy doczytali dotąd życzę udanych, szczęśliwych i autentycznych Świąt, również w sercu i duszy. Choć pewnie się odezwę przed, jeśli sobie tego życzycie. Cmok.

wtorek, 18 grudnia 2012

Czym się różnią geje od flamingów?

OK.
Chłopak po swoich ekscesach w super elitarnym klubie stał się gwiazdą. Na roku, na podwórku, wszędzie. Rzeczywiście to już nie to zastraszone nico z prowincji - zrobił się wyluzowany studenciak.
W rozdziale 13. dowiadujemy się, że:
  1. w warszawce jest "moda na geja" (czy ja wiem, swego czasu coś takiego było, ale nie wiem, czy aktualne)
  2. geje od flamingów różnią się jedynie tym, ze nie przepadają za surowymi rybami. Bo różowe to oba są.
Jeszcze w rozdziale 11. okazuje się, ze bohater jest tez gwiazda szkolnych przedstawień, a potem karaoke. No i znowu swojsko. Ja nie wiem, czy jakikolwiek publicznie śpiewający chłopak jest hetero. A przynajmniej ja takiego nie spotkałem. Tzn. może i spotkałem, ale zawsze jest podejrzenie, że jest teges, a dopóki się temu nie zaprzeczy definitywnie (tylko jak i po co :-), to hipoteza pozostaje niezwykle prawdopodobna.


Powiem wam, że nie bardzo chce mi się wspominać jego dzieciństwo.  No jest pewnie takie, jak u większości z nas. Znowu wpadamy tu w schemat: taki a taki ojciec, taka a taka matka czy babcia. "Znów ten schemat się pcha" jak u Geppert.  

A że ma nie być depresyjnie, przelatujemy przez te rozdziały lotem koszącym i bawimy się dalej.

Dziś krótko, bo podobno dłużej, to się ludziom nie chce czytać. A może chce?



czwartek, 13 grudnia 2012

Jak pragnę dzidy!


No. Jak się przebrnie kolejne parę stron, to już się zaczyna rozwidniać. Przeżyliśmy już puste, obce ściany, karaluszki u Zochy, dojazdy. Trzeba było jeszcze przebrnąć przez takie tam... retrospekcje z życia licealnego. Oczywiście najczęściej nikt go nie lubił, łącznie ze wstrętnymi nauczycielkami, które jak zwykle były na niego "uwzięte". Wszyscy go odrzucali, bili itd. Wiem, że upraszczam - jak kto lubi, starannie przeczyta rzeczony rozdział, a jest to rozdział 9.
 Fakt, to wszystko wpisuje się jeszcze w tą starą deprechę. Potem już jest coraz lepiej.

Teraz nasz gościu najbardziej przeżywa, kogo spotka na roku i czy od razu wyjdzie, że jest wieśniakiem z prowincji. Strój każdego wchodzącego na aulę jest lustrowany, wiadomo - Warszawka - to bogactwo, reszta... . Taka mała schiza.
Ale nie martwcie się, zaraz się okaże, że większość to swojacy. Czas również poznawać nowe koleżanki. Będzie to bodaj Justyna, Emilia i Nina. Każda z nich malownicza i mająca coś w sobie. Na tym etapie można śmiało stwierdzić, że chłopakowi depresja już dawno przeszła, bo z jedną to już nawet zahaczył o planowanie ślubu i strojów ślubnych. Tak, tak! 

Pytacie skąd ten odjechany tytuł odcinka? Hehe:
Z pewnej niezapomnianej sceny, gdy wybrali się bodajże w 2 chłopców i 2 dziewczyny do jednego modnego klubu. Jacyś zabawowi kolesie, niby ci Warszawiacy, co najpierw biją, a potem pytają, zaczepili te laski tekstem typu "czy jesteście panie prostytutkami?". Otrzymawszy kulturalną acz rzeczową odpowiedź przeczącą, zamiast zrobić pobojowisko czy inny akt chuligaństwa ulicznego, zwyczajnie podziękowawszy oddalają się. Więc jednak w Warszawie panuje wysoka kultura, a nie to, co się tam gada... 
Zaraz potem pada ów nowy frazeologizm, ale żeby zrozumieć, trzeba przeczytać. 
A potem tego dnia chłopak popuszcza wodze fantazji. Zaczyna się od tego, że pewna grubawa laska, tym razem tak! - wyglądająca jak prostytutka, dostawia się do niego w tym klubie, a kończy na tym, że właściwie "coming out" ma tam za sobą i w ogóle jest gwiazdą tego wieczoru. No bo przecież kto tak zatańczy jak gej, nie?


wtorek, 11 grudnia 2012

News: jest wersja audio

Moi drodzy.
Ukazała się nowość, wersja audio naszego bloga.
Na razie jest na dropbox, ale jestem otwarty na propozycje, gdzie najwygodniej te pliki wrzucać, żeby ładnie od razu się odtwarzały. Zasugerujcie coś, a tak się stanie :-)

U dołu każdego odcinka powinniście na wszelkich nowoczesnych przeglądarkach mieć odtwarzaczyk :-)
Jak nie ma, wina nie moja, tylko standardu HTML5.

Oczywiście jak ktoś nie chce słuchać, niech nie słucha, ale i tak ma obowiązek wskazać swoje ulubione składowisko plików mp3 :-)